Opowieści porodowe…

Historia Jerzyka

To był mój drugi poród. Miałam skurcze przepowiadające, ale mocno się nimi nie przejmowałam – w końcu poród może nadejść nawet 2 tygodnie po nich. Po paru jednak dniach skurcze te odczułam silniej. Zdarzały się rzadko, może raz na dwie godziny, godzinę, więc próbowałam normalnie funkcjonować – wyjść na spacer z dzieckiem, ugotować coś, spotkałam się z koleżanką… nawet udało mi się pójść na Mszę świętą! Wieczorem skurcze stały się częstsze, więc upiekłam ciasteczka na poród i poszliśmy z mężem spać – przecież trzeba się wyspać przed porodem! Zaplanowałam, że rano się uaktywnię i prawdziwy poród się zacznie. Jednak minęły może 3 godziny, skurcze były co kilkanaście minut i nie mogłam zasnąć… ech, nici ze spania, tak jak przy pierwszym porodzie, który trwał całą dobę! Mąż zrobił mi kanapki, które próbowałam jeść, balansując na piłce. Coraz silniejsze te skurcze, ale wydawało się mi, że ciągle za krótkie, żeby jechać na izbę przyjęć. Julka zaproponowała, żebym jeszcze weszła do wanny. W wannie poczułam, że już czas do szpitala – skurcze były mocne i bałam się, że nie dam rady się ubrać, dojść na miejsce itp. Na szczęście mąż mi w tym wszystkim pomagał. Gdy wychodziliśmy z domu poczułam, że… mam skurcze parte! Co sił w nogach pobiegłam do samochodu, położyłam się w nim i „zdmuchiwałam świeczki”, by powstrzymać parcie. Mąż próbował mnie zagadać, krzyknęłam: „Zamknij się, ja rodzę!”. W 15 minut byliśmy na miejscu. Ostatnia prosta na izbę przyjęć i już wołam do pielęgniarki „Rodzę, mam skurcze parte!”. Ona zaczęła mnie uspakajać, wezwała położną, a w międzyczasie odeszły mi wody. Poszliśmy do gabinetu. Gdy tylko położna mnie zbadała, kazała położyć materacyk na ziemi i szykować się do porodu. Jaka ulga, czekałam na to już kilkadziesiąt minut!!! Dwa parcia i główka Jerzyka była już na zewnątrz. Kolejne dwa i już trzymałam małe ciałko syna na rękach. Ulga, radość i takie nietypowe podekscytowanie, jakiego jeszcze nigdy nie czułam (to pewnie przez hormony). W międzyczasie dojechała Julka, cyknęła trochę zdjęć i dołączyła do ekipy opiekującej się mną i Jerzykiem. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się… to był naprawdę dobry czas. Życzę go każdej kobiecie i dziękuję Bogu, że to wszystko tak obmyślił. Gdybym wiedziała, jak zaawansowany jest poród, bałabym się zostać w domu i pewnie w szpitalu potrwałby dłużej.
A tak, poszło naprawdę naturalnie J

 

 

 

Historia Amelki

No i stało się. Po niecałych dwóch latach znów zawitałam na oddział noworodkowy. Tym razem nie z synkiem, a z córeczką. Poprzednio dzieliłam się opowieścią o narodzinach Antoniego, teraz podzielę się historią narodzin Amelki. A w jej przypadku wszystko przebiegło zupełnie inaczej…

Gdyby mnie ktoś zapytał, czy cesarskie cięcie to „łatwy poród” jeszcze niedawno bez wahania odpowiedziałabym, że tak. Oczywiście: po wszystkim kobieta dłużej dochodzi do siebie niż po porodzie siłami natury, ale cóż… sama cesarka – z perspektywy leżącej i czekającej na rozwój sytuacji pacjentki – wydawała mi się szybka i nieskomplikowana. Pierwsza cesarka (wymuszona przez poważną wadę wzroku) trwała nieco ponad pół godziny i odbyła się bez problemów, druga – była zupełnie inna. Jej termin był umówiony na środek 39 tygodnia. Amelce nie spieszyło się na świat tak jak jej bratu (wtedy wody odeszły mi w 38 tygodniu), więc pęcherz płodowy miał być przebity podczas cięcia. Dostałam antybiotyk ze względu na dodatni wynik badania GBS, podłączono mnie do ktg, zaopatrzono w cewnik, firmową koszulę, czepek na głowę i rozpoczęły się przygotowania do zabiegu – podawanie znieczulenia w kręgosłup. Cięcie przeprowadzał mój lekarz, który prowadził również pierwszą ciążę i odbierał synka, więc kładłam się na stół spokojna. Towarzyszył mu jego syn, również ginekolog.

Rozpoczęło się. Pierwszy drobny problem pojawił się już na początku, gdy znieczulenie długo nie działało. Niby wszystko było w porządku, niby nie powinnam niczego czuć od pasa w dół, a tymczasem przez dobre 20 minut czułam każde ukłucie, do końca zabiegu też mogłam swobodnie poruszać nogami. Gdy jednak wykonano cięcie i przez długi czas nie nastąpiło charakterystyczne „szarpnięcie” – wydobycie dziecka, zaczęłam się niepokoić. Dosłyszałam zza zasłonki mojego lekarza – „Nie, tak nie da rady” i westchnięcie. Potem nastąpiła cała seria różnych dziwnych szarpnięć, próbowano też Amelce pomóc wyjść poprzez silne naciskanie mnie tuż pod żebrami. Myślałam, że mi serce ze strachu wyskoczy. I nic, nadal nic. Żadnego płaczu dziecka, żadnego komentarza lekarza, tylko słowa anestezjologa „Spokojnie, spokojnie, będzie dobrze”. Choć córeczka w chwili narodzin do gigantów nie należała – urodziła się z masą 2800 – była tak ułożona, że za nic nie można było jej wyciągnąć. Próby wyciągania trwały dobre dwadzieścia minut, potem usłyszałam nerwowe: „Nie da rady. Kleszcze”. Tyle się słyszy o nieumiejętnym używaniu kleszczy przy porodach, tyle strasznych obrazów stanęło mi wtedy przed oczami. Jak to: kleszcze? Moją maleńką Amelkę będą wyciągać kleszczami? Przecież to miała być tylko ‘bezpieczna’ cesarka… Spanikowałam, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam się z przypadkiem, gdy przy cesarce używa się kleszczy. Przez nerwy – zrobiło mi się słabo. Dostałam kilka dawek czegoś na unormowanie tętna, ale nie pomogło. Zrobiło mi się niedobrze, ponownie słabo, niedobrze, słabo… tętno zaczęło skakać, aż finalnie, ze stresu – zemdlałam (może to i lepiej). Gdy się obudziłam próby wydobycia Amelki trwały nadal, po paru minutach jednak… udało się. Zobaczyłam moją córeczkę i usłyszałam głośny krzyk „łłłłłaaaa”. To było piękne, aczkolwiek nie uspokoiło mnie. Uspokoiłam się dopiero, gdy powiedziano mi, że wszystko z nią dobrze, że ma 10 punktów w skali Apgar i że jest cała i zdrowa. Po cięciu tym razem pozbierałam się dużo szybciej, chociaż z powodu nadmiernej utraty krwi podczas operacji miałam poważną anemię. Mobilizowało mnie nie tylko to, że już jestem ze wszystkim obeznana i wiedziałam, że im dłużej będę zwlekać z pionizacją, tym będzie trudniej. Mobilizowała mnie przede wszystkim myśl, że w domu czeka na nas nasz mały, niespełna dwuletni Antoni, że na pewno tęskni za mamą (…a i za obiecaną siostrzyczką pewnie trochę też). Gdy wychodziłam ze szpitala – prawie biegłam do domu! :)

W ramach podsumowania mogę powiedzieć, że z porodem w moim przypadku jest jak z zabawą z synkiem. Choćbym była przeokropnie zmęczona, niewyspana, choćbym ledwo stała na nogach – zawsze bawię się z nim z największą radością i na nic bym tych chwil nie zamieniła (ani na godzinę spania, ani na wczasy na Seszelach). Bo moja obecność, uwaga, uśmiech – to dla niego coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. I wzajemnie. Każdą chwilę z nim celebruję, ponieważ wiem, że tak mały już nigdy nie będzie, a to co mu dam teraz – zaprocentuje w przyszłości. Więc chociaż zmęczona – uśmiecham się szeroko i idę do zabawy. Tak samo jest z porodem. Choć bywały trudne momenty, choć czasami bolało tak, że się zarzekałam, że już chyba powtórki z rozrywki nie będzie, dwoje dzieci wystarczy… Dziś już wcale nie jestem tego taka pewna. Już jak wychodziłam z oddziału noworodkowego, przeszło mi przez myśl nieśmiało, że może… jeszcze kiedyś tam wrócę? :)
J.

Nasz synek urodził się szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Byłam przygotowana psychicznie na poród w 41-42 tygodniu ciąży. To pierwsze dziecko, a pierwsze ponoć rodzą się później, zwłaszcza chłopcy. Aż tu nagle… wtorek, początek 39 tygodnia. Zadzwonili z przychodni, że lekarz chce jednak omówić ostatnie wyniki badań (GBS) – wcześniej (w 37 tygodniu) twierdził, że już mam do niego nie przychodzić, tylko czekać na poród. Poszłam na wizytę. Przy okazji powiedziałam, że całą noc miałam twardy brzuch. Lekarz zbadał mnie dwa razy (dla pewności) i powiedział, że … „pani rodzi, szyjka się rozwiera, czuję główkę, proszę jechać do szpitala i sprawdzić, czy to nie poród”. Wyszłam oszołomiona. To tak wygląda poród? Przecież nic mnie nie boli. No cóż – trzeba jechać. Tak nagle. W środku dnia dzwonię po męża, żeby zawiózł mnie do szpitala. Jest równie zaskoczony jak ja, ale przygotowany na taką okoliczność. Kontaktuję się telefonicznie z doulą. Pytam ją, co ona myśli o zaistniałej sytuacji. Ustalamy, że jeśli w szpitalu stwierdzą, że rodzę, to ona do nas dojedzie. Cały czas nie mogę uwierzyć, że to już. Wracam do domu. Wkrótce przyjeżdża mąż. Naradzamy się, co robić. Zaraz ma przyjechać do nas w odwiedziny moja mama z siostrą. Zawrócić je, czy przyjąć? Zauważamy, że poród nie postępuje, więc decydujemy się zjeść obiad z rodziną, a po nim jechać na izbę przyjęć. Warto zjeść pożywny posiłek przed trudami porodu. Około godziny 16 wyruszamy samochodem do szpitala, mimo że nadal nie czuję skurczy. Na izbie przyjęć personel szpitalny jest zdziwiony (chyba tak bardzo jak ja). Twierdzi, że albo mam wysoki próg bólu albo jeszcze nie rodzę. Na wynikach z ktg nie widać skurczy macicy charakterystycznych dla porodu. Jeszcze wizyta i badanie u lekarza, który potwierdza fakt, że główka napiera na wyjście i szyjka przepuszcza dwa palce. „Jeszcze pani nie rodzi, ale niewykluczone, że poród może się zacząć jeszcze tej nocy. Proszę zgłosić się do szpitala, jak skurcze będą co 8-10 min., gdyż przy takim rozwarciu poród może postępować szybko.” Wróciłam więc do domu dziwnie spokojna. Świadomość, że to może być już, sprawiła, iż z niczym już się nie spieszyłam, w normalnym tempie wykonywałam swoje domowe obowiązki. Z mężem ustaliliśmy, że codziennie wieczorem będziemy robić kanapki na poród – jeśli danej nocy się nie przydadzą, mąż zabierze je ze sobą do pracy. Następnego dnia odszedł czop śluzowy. Wszystko wskazywało na to, że to już niedługo. Jednakże z każdym dniem powiększałam zakres swoich działań. W sobotę wybraliśmy się z mężem na zakupy. Głównie po ostatni żyrandol do naszego mieszkania. Kierunek: IKEA Janki. Zakupy okazały się udane. Obeszliśmy cały sklep i oprócz żyrandola zaopatrzyliśmy się jeszcze w różne drobiazgi, które sprawiły nam wiele radości. Po długich zakupach zrobiłam się zmęczona i oboje (a właściwie we troje) poczuliśmy się głodni. Zaspokoiliśmy więc głód zjadając bladego hot-doga w Ikea. Ostatkiem sił doszliśmy do samochodu. Wsiedliśmy i… samochód nie zapalił. Ponowne próby uruchomienia go nie przyniosły pożądanego rezultatu. Pozostało jedynie wezwać teścia do pomocy, by nas zaholował do domu. Na szczęście mieszka niedaleko nas. I na szczęście był w domu i mógł po nas przyjechać. Czas oczekiwania na teścia postanowiliśmy wykorzystać na zjedzenie kolacji w McDonaldzie – jak się później okazało, hot-dog i hamburger były moimi ostatnimi posiłkami przed porodem . Około godziny 22 przyjechał teść. Panowie jeszcze raz szukali przyczyny awarii, ale nie znaleźli jej. Sznur połączył oba samochody i ruszyliśmy. Była to podróż pełna emocji: brak wspomagania kierownicy przy wyłączonym silniku, dużo rond i wyboistych dróg. Ale w końcu dotarliśmy do domu. Mąż przezornie poprosił tatę o pożyczenie jego samochodu, żeby jakikolwiek działający był pod ręką – na wszelki wypadek. Pełna emocji krzątałam się po domu do 1 w nocy. Wreszcie się położyliśmy. Chwilę powspominaliśmy dzień pełen wrażeń. Przez moment odczułam napięcie macicy i zażartowałam sobie, że rodzę. Mąż na to: „Już nieraz tak miałaś”. To prawda. I mąż zasnął kamiennym snem. Ja tymczasem nie mogłam się wyciszyć. Zauważyłam, że co jakiś czas dalej macica mi się napina. Postanowiłam sprawdzić, w jakich odstępach czasu to następuje. Okazało się, że co jakieś 10 minut. Obserwowałam dalej, aż w pewnym momencie coś we mnie pękło. Pobiegłam do łazienki i długo nie mogłam wstać z sedesu: jeszcze nigdy nie robiłam tak wielkiego siku… Później już wiedziałam, że to było odejście wód płodowych. O godzinie 3 obudziłam męża słowami „Ja rodzę. Skurcze są co 8 minut, a może i częściej”. Mąż: „Oj, zdrzemnij się jeszcze. Pamiętasz, co mówili w szkole rodzenia, żeby jeszcze odpocząć i się nie spieszyć.” Po chwili jednak zerwałam się do łazienki, gdyż wody znowu zaczęły odpływać. Siedząc na sedesie, w książce Ireny Chołuj upewniałam się, jak odróżnić skurcze przepowiadające od tych właściwych. Ustaliliśmy z mężem, że szykujemy się do szpitala. Jeśli skurcze się wyciszą, to się jeszcze położymy. Jednakże z każdą chwilą skurcze się nasilały. Po półgodzinie były już co 5 minut i stawały się coraz bardziej bolesne. Postanowiłam wziąć prysznic, a mąż zadzwonił do douli, żeby ją poinformować, że to już… Mąż szykował kanapki (nie były zrobione, bo przecież w niedzielę nie byłoby komu zabrać ich do pracy ) i herbatę do termosu, a ja w czasie skurczy nie byłam w stanie nic mówić i robić. Bolało. Z każdą chwilą coraz silniej. Pot. Ubranie na zmianę. Krótkie komunikaty między skurczami. Skurcze powalające na podłogę. Nie byłam w stanie stać w czasie skurczu. Przerażało mnie wyjście z domu i jazda do szpitala. Przecież w samochodzie nie mogę się za bardzo ruszać, a tym bardziej zgiąć się w pół. Na szczęście podróż wyciszyła skurcze na tyle, że mogłam przekazać mężowi informację, że będę się z nim komunikować między skurczami. Jak tylko wysiadłam z samochodu, skurcze nasiliły się. Sto metrów do szpitala pokonywałam w żółwim tempie, przykucając co minutę. Na izbie przyjęć odpowiadałam krótko na zadawane pytania: „Rodzę”, „Wyniki badań w teczce” itd. Mąż przejął kontrolę nad formalnościami. Powiedział, że byliśmy zarejestrowani do Domu Narodzin i tam chcemy rodzić. Wezwano stamtąd położną. W tym czasie dotarła doula Julka. Było około godz. 5.00. A ja czułam, że coraz bardziej odpływam i wszystko dzieje się poza mną: badanie (5 centymetrów rozwarcia), ktg (decyzja położnej o rodzeniu w szpitalu ze względu na malejące tętno dziecka po skurczach), wkłucie wenflonu, kroplówka (ponoć pytali męża, kiedy ostatnio jadłam), przejazd wózkiem inwalidzkim do Sali Morelowej, leżenie na fotelu porodowym, zamknęłam oczy, doula przypominała o oddychaniu, nieustanne ktg, oddechy, tlen, 8 centymetrów rozwarcia, uśmiech męża i uścisk dłoni, podanie wody do picia (dziękuję za twoją pomoc i wsparcie, mój Najdroższy), ręce douli masujące plecy, pełne rozwarcie i zmniejszenie się natężenia skurczy niepokojące położną. Pozwolili mi uklęknąć. Okazało się, że główka dziecka źle się wstawiła. Poprosili mnie o położenie się na drugi bok. Udało się. Widziałam teraz doulę. Jej uśmiech dodał mi otuchy. Ale skurcze parte okazały się ciągle za słabe. A tętno dziecka cały czas spadało po skurczach. Lekarz zaniepokojony. Położna zapytała mnie o zgodę na podanie oksytocyny, żeby wzmocnić skurcze. Słyszę jak dziś: „Dziecko powinno już się urodzić”. Pytałam doulę, czy powinnam się zgodzić. Doula: „Bezpieczniej dla niego, aby urodził się jak najszybciej”. Wyraziłam zgodę. Powoli skurcze się nasiliły, ale miałam przeć tylko wtedy, gdy położne pozwolą (były dwie, bo następowała zmiana personelu o godz. 7). Wreszcie wyszła główka. Doula zachęcała do dotknięcia jej. Do dziś pamiętam to dotknięcie mokrej główki. Położna kazała mi się teraz bardzo skupić: jak będzie mówiła: „Stop”, to mam nie przeć. Okazało się to bardzo trudne, gdyż skurcze były wówczas bardzo silne i ciało dziecka szybko się wyślizgiwało. I… jest!!! Godzina 7.10. Pokazali mi mojego chłopca (śliczny) i położyli na brzuchu. Trochę się ześlizgiwał, więc trzymałam go jedną ręką. Mąż odważnie przeciął pępowinę. Urodziło się łożysko. Zaczęli mnie zszywać (bo nacięli krocze, nawet nie czułam kiedy) i jednocześnie podawali instrukcje, jak teraz mam o siebie dbać (ciężko było się skupić po takim wysiłku i myśląc o tym, że wreszcie chłopiec jest ze mną). Przystawili maluszka do piersi. Uff, udało mu się przyssać. Jadł długo przytulony do mnie. Odpoczywał po trudach porodu. Ale zasnął dopiero po wszelkich badaniach, gdy został ubrany i jeszcze raz nakarmiony. Mąż z doulą także odpoczywali, jedząc śniadanie i rozmawiając ze mną. Dobrze, że byli. Bez nich nie czułabym się tak bezpiecznie. Z nimi mogłam spokojnie skupić się jedynie na oddychaniu w czasie skurczy. Oni czuwali nad resztą…

D.

I ja się chętnie podzielę moją opowieścią. Termin porodu, a właściwie termin cesarki (ze względu na chorobę oczu), przypadał na 29 lipca 2013. Czekaliśmy na tę datę z wielką niecierpliwością! Pierwsze dziecko, syn, Antoni! Cierpliwie odliczałam dni. Tymczasem 19 lipca wieczorem zaczęłam odczuwać jakiś dziwny niepokój. Niby było wszystko tak jak zawsze – obejrzeliśmy z mężem film, kolacja, przytulanie, spanie… a jednak coś było inaczej. Obudziłam się o 1.00 w nocy, bo poczułam, że jest mi jakoś tak dziwnie… mokro. Czyżby wody odeszły? Choć taka była moja pierwsza myśl, to jednak od razu sprowadziłam się na ziemię. 10 dni przed terminem? To chyba nie to. Nadmienię, że wcześniej nasłuchałam się opowieści kilku koleżanek, u których w 100% wody odeszły nagle, ponoć z wielkim chluśnięciem – nie przypuszczałam więc, że zamiast gwałtownego odejścia, mogą sobie ot tak, powolutku lecieć. Ponieważ w ciąży miałam dość duże problemy z pęcherzem (nawracające zapalenia, doszło nawet raz do zapalenia nerki), w pierwszej chwili, nie dowierzając, pomyślałam sobie: „Mój Boże. Tego jeszcze nie było. Chyba już w ogóle straciłam kontrolę nad swoim ciałem. Posikałam się! I to prosto w łóżko, jak dziecko…”. Już widziałam nawet w wyobraźni minę mojego lekarza ginekologa, u którego miałam wyznaczoną wizytę nazajutrz. Widziałam, jak się uśmiecha i mówi: „Proszę Pani, żadne wody, Pani po prostu popuściła…”.

Na takich rozmyślaniach spędziłam dobrą godzinę, w międzyczasie przebrałam się dwa razy w suchą piżamę i obudziłam męża, który mnie jeszcze uspokoił: „To na pewno nie wody. Połóż się na boczku, pewnie przejdzie, spróbuj usnąć”. Spróbowałam, ale z nerwów nie mogłam spać. A dziwna przypadłość nie przechodziła… Wstałam, poszłam do drugiego pokoju, zasiadłam przed komputerem i zaczęłam czytać o odchodzeniu wód. Nie. To chyba naprawdę nie to. Przecież wszyscy piszą, że odchodzą nagle i każdy od razu ma skurcze. Pograłam w Grand Theft Auto – Vice City, naszykowałam sobie na wszelki wypadek torbę do szpitala, obejrzałam trochę nocnej telewizji i postanowiłam grzecznie odczekać do umówionej wizyty u lekarza, do 9.00.

O godzinie 8.30 na spokojnie pojechaliśmy na wizytę. „Panie doktorze, nie wiem, ale chyba w nocy, osiem godzin temu zaczęły odchodzić mi wody” – zaczęłam. „Wody, Pani mówi? Osiem godzin temu?! – z uśmiechem skwitował lekarz – „No zaraz zobaczymy, ale nie sądzę, żeby to były wody skoro minęło tyle czasu i… ooo… wody. To wody. Zdecydowanie. Proszę jechać do szpitala”. Przyzwyczajony był już do mojego panikowania, bo w ciąży kilkakrotnie miałam wrażenie, że coś się dzieje i wody odchodzą, więc w pierwszej chwili mi nie uwierzył.

Okazało się, że to owszem – były wody, z tym że nie towarzyszyły ich odejściu żadne, nawet najmniejsze skurcze. Przyznam, że trochę mnie to oszołomiło, bo psychicznie nastawiałam się na koniec lipca, a tu nagle… dziś… już… zaraz…

Na szczęście wszystko bardzo szybko poszło. W szpitalu spisali od nas wszystkie potrzebne informacje, było mycie, ech… lewatywa i golenie, prysznic, potem mierzenie tętna Antoniego, zakładanie cewnika, jakieś zastrzyki – ze stresu nawet nie pamiętam dokładnie co mi dawali. Wpadł pan anestezjolog, wyjaśnił mi wszystko o znieczuleniu, które dostanę, o 12.00 pojawił się mój doktor i razem z innym lekarzem, który tego dnia miał dyżur – zaczęli. Jak sobie to przypominam, przyznam, że nadal odczuwam lekką nutkę strachu. To był mój drugi w życiu pobyt w szpitalu, wcześniej leżałam jedynie tydzień z zapaleniem nerki, a jeszcze nigdy, nigdy, przenigdy nie miałam żadnej operacji. O mamo… chociaż wszystko przebiegało znakomicie, bez najmniejszych komplikacji, czułam, że serce mi zaraz ze strachu wyskoczy. „Pani Joasiu, wszystko w porządku? – pytał co parę minut anestezjolog. „Taaak” – odpowiadałam.

Znieczulenie było fantastyczne, nie czułam żadnego bólu, z niecierpliwością oczekiwałam, aż zacznie się cięcie. Lekarze żartowali sobie, który ma ciąć, przekomarzali się i śmiali, że żaden ciąć nie umie :) Patrzyłam sobie w lampę nade mną… czekałam… aż nagle jeden z lekarzy zapytał się, czy chcę zobaczyć dziecko. Czy chcę? Też mi pytanie! Czekam na to całe 9 miesięcy, jak nie dłużej. Oczywiście! Niczego innego wtedy nie chciałam… tylko… jak to? Teraz? Zaraz? Nawet nie poczułam, że już od paru minut mnie operowano. Nastąpiło lekkie szarpnięcie gdzieś tam w dole, usłyszałam najpiękniejszy okrzyk w życiu – przeciągłe „łeeeeeeeee” i… nad zielonym parawanikiem ukazał się Antoni. Czerwony, krzyczący… przepiękny! Zakochałam się od pierwszej sekundy, niestety tylko tyle go wtedy widziałam, bo zaraz został zabrany. Mnie pozszywano, odwieziono gdzieś na boczek, żebym trochę „otrzeźwiała” po znieczuleniu. Lekarz powiedział, że Antoni miewa się dobrze, waży 2,860 kg, mierzy 51 cm i ma 10 punktów w skali Apgar. Leżałam i odpoczywałam, w pełni szczęścia. Dobrze się spisałam, nie zemdlałam, nie spanikowałam, żadnej innej akcji nie odstawiłam. Antoni zdrowy, kochany… :) Dużo matek po cesarce wspomina pierwsze dwie godziny po operacji jako najgorsze ze wszystkich. Ponoć ma się dreszcze, niektóre mówią, że rzucało nimi tak, że prawie spadły z łóżka. U mnie nic takiego nie nastąpiło. Leżałam sobie w miłym ciepełku, nie mogłam ruszać nogami, bo znieczulenie długo ustępowało (w sumie po co miałabym wtedy ruszać, gdzie niby miałabym pójść, skoro gdzieś w pobliżu leżało i odpoczywało tak samo jak ja Moje Szczęście…) i było mi baaardzo dobrze :) Mąż wpadał co chwila i przynosił mi wieści, co robi Antoni: leży, panie położne go ubrały, macha rączkami, złapał za palec, krzyczy, wierci się…

Gdy mnie odwieziono na salę już tak dobrze nie było, bo znieczulenie zaczęło puszczać. Przeciwbólowo dostałam jedynie paracetamol – nie pomaga mi on nawet na ból głowy, a co dopiero na przecięte mięśnie i rozcięty brzuch. Ale to nieważne. Mogłam być już przy moim Antonim, razem z mężem, mogłam Antoniego przytulać do woli, byliśmy wszyscy cali i zdrowi. To najważniejsze. Dużo osób mnie pyta ostatnio, czy jestem gotowa to wszystko powtórzyć i mieć kolejne dziecko. TAK, zdecydowanie tak. Jestem na to gotowa, i – co więcej – nie mogę się tego doczekać. Jaka szkoda, że ordynator przy wypisie powiedział: „Do zobaczenia najwcześniej za półtora roku, a najlepiej za dwa lata, bo wszystko musi się pozrastać”. Mogłabym tyle nie czekać. Mogłabym tam się znaleźć równie chętnie już za 9 miesięcy 😀

J.

 

15 maja późnym wieczorem poczułam coś dziwnego w dole brzucha. Było to coś zupełnie innego niż skurcze przepowiadające, które miałam od tygodnia, więc postanowiliśmy z mężem, że pojedziemy do szpitala i sprawdzimy co się dzieje, na wszelki wypadek wzięliśmy wszystkie rzeczy. Na Izbie Przyjęć, przyjęła nas już wcześniej poznana położna. Podłączyła KTG i sprawdzała czy już „coś” się zaczyna. Skurczy nie było, ale razem z lekarzem postanowiono, że zostanę w szpitalu ponieważ tętno płodu im się nie podobało. Na Izbie Przyjęć Położna zmierzyła moją miednicę i dowiedziałam się wtedy, że moja miednica może być za wąska. Leżałam na Porodówce, niestety mąż nie mógł mnie odwiedzać. Było mi smutno. W nocy z 16/17 maja ok. godziny 2. 00 poczułam skurcze co 10 minut i ból w dole brzucha, poszłam powiedzieć o tym Położnej. Skurcze okazały się nadal skurczami przepowiadającymi, więc poszłam spać. Skurcze te trwały wciąż co 10 minut i się nasilały, ale rozwarcie było nadal 2 cm. Właściwie już prawie się przyzwyczaiłam, że te skurcze są, aż do momentu w którym faktycznie bardzo się nasiliły. Zgłosiłam to następnej Położnej, podłączyła KTG i ono wykazało że nic się nadal nie dzieje (miałam wrażenie, że KTG nie wychwytuje wszystkich skurczy), więc Położna zaproponowała, że da mi zastrzyk przeciwbólowy, bo skurcze męczyły mnie już 15 godzin, ale powiedziałam, że jeszcze wytrzymam. Ok godziny 19 jednak poprosiłam o ten zastrzyk. Nie przeszło…więc Położna wtedy powiedziała, że w takim razie się zaczęło. Zaczęła się następna zmiana w szpitalu, skurcze pojawiały się co 6 minut. Poszłam do Położnej roztrzęsiona, że pewnie znowu nic się nie ruszyło z moim rozwarciem a skurcze mam co 6 minut, więc sprawdziła i okazało się, że jednak się ruszyło i już są prawie 4 cm. Powiedziała, żebym zadzwoniła po męża, żeby przyjechał za 2 godziny. Przy skurczu kucałam, potem poszłam pod prysznic, nie mam pojęcia jak długo pod nim stałam ale było mi tam dobrze. Po wyjściu spod prysznica spakowałam wszystko co miałam przy łóżku i dalej przy każdym skurczu kucałam, aż tu nagle… polała się woda, bardzo dużo wody i nie mogłam tego zatrzymać… więc znowu roztrzęsiona i płacząca poleciałam do Położnej i pokazałam jej mokrą koszulę. Właściwie nie wiem czemu płakałam, ale to było silniejsze ode mnie, nawet śmiałam się przez łzy. Więc Położna sprawdziła co się dzieje i powiedziała żeby mąż już przyjechał. Spotkałam też Położną, którą poznałam w Szkole Rodzenia co bardzo mnie uspokoiło. Wiedziałam, że mój lekarz nie ma tego dnia dyżuru więc nie przyjedzie. Kilka razy nieśmiało wspomniałam, że nie miałam jeszcze zrobionej lewatywy… jak już mi zrobili czułam się fantastycznie, pomimo skurczy. Przyjechał mąż. Nie widzieliśmy się 2 dni, jego widok sprawił mi niezwykłą radość. Poszliśmy już do sali porodowej. Skurcze się nasilały, Położna sprawdziła jeszcze raz szerokość miednicy… wiedziałam, że może się nie udać, ale przecież trzeba spróbować urodzić naturalnie. Skurcze były silne, przy każdym mocno ściskałam rękę męża, między skurczami przysypiałam. Leżałam na prawym boku. Z mężem milczeliśmy, tak mi było najlepiej. Położna co jakiś czas sprawdzała co się dzieje. Rozwarcie doszło do 9 cm, główka nie schodziła w dół, a tętno dzidziusia trochę spadło, podłączono mi kroplówkę, a mąż podawał mi tlen, zaczęły się skurcze parte, ale nie pozwolono mi przeć. Czekaliśmy na lekarza i jego decyzję. Decyzja – Cięcie Cesarskie, czy się zgadzam – na wszystko się zgadzam. Położna podłączyła mi wszystko co trzeba, odłączyła to co nie potrzebna i przeszłam do sali operacyjnej. Skurcze trwały nadal. Znieczulenie przewodowe. Leżałam sparaliżowana od pasa w dół, widziałam lekarzy, wszystko czułam, poza bólem. Bardzo dziwne uczucie… jakby wyrywali mi wnętrzności. 18 maja godzina 1. 30 usłyszałam krótki płacz, pani pokazała mi że urodził się syn. Ja byłam zupełnie nieprzytomna. Było mi strasznie zimno. Mąż czekał za drzwiami. Jak mnie wywozili pokazał mi zdjęcie synka. Był ze mną jeszcze przez chwilę na sali poporodowej. Synka zobaczyłam 10 godzin później, wcześniej nie byłam w stanie. Od razu przystawienie do piersi. Niesamowite uczucie. Szczęście. Mój Synek.

                                                                                                           E.

 

O godz. 5 budzi mnie potworny ból w krzyżu. Myślę, „co za cholerstwo?”. Pozwala jednak zasnąć, choć tylko na 2 godziny. Po kolejnej pobudce dołącza się ból w dole brzucha. Do wyznaczonego dnia terminu porodu pozostało jeszcze 16 dni, więc co u licha się dzieje? Nawet przez myśl mi nie przechodzi, że to może zaczynać się poród… Boli cały dzień, chwilami częściej chwilami słabiej, ale tragicznie nie jest, bo wytrzymuję godzinną Eucharystię. Choć nie ukrywam, że dojście do komunii nigdy nie było takim wysiłkiem…

Jest Święto (Boże Ciało), pani doktor przez kilka godzin nie odbiera telefonu. Na szczęście poznana wczoraj (cóż za Opatrzność!) położna odbiera za pierwszym razem. Radzi zabrać walizkę i przyjechać do szpitala. Hmm… ciekawe gdzie jest walizka…? Bo w moim przypadku bynajmniej nie stoi spakowana od tygodnia przy drzwiach. Zjadam przygotowany przez mężunia budyń czekoladowy i wrzucam kolejne rzeczy do znalezionej minutę temu walizki. Boli już dość regularnie, przyjmuję swoją wypracowaną przez ostatnie godziny pozycję i jest dobrze. Mąż stwierdza, że weźmie komputer, żebyśmy sobie obejrzeli jakąś komedię, jeśli alarm okaże się fałszywy :) Wybieramy tytuły filmów i jedziemy do szpitala.

Po 20 minutach wchodzimy na Izbę Przyjęć, z szeroko otwartymi oczami i nieukrywanym zdziwieniem wita mnie położna „A co Pani tu robi?”. Wczoraj rano przyjmowała mnie na kontrolne KTG i wszystko wskazywało na to, że przez najbliższe kilka, kilkanaście dni nic się nie wydarzy…

Bada mnie – rozwarcie na 1-2cm. Decyduje o przejściu na salę porodową, bo coś tam jednak ruszyło, ale dopiero się zaczęło, więc daje mi do zrozumienia, że to potrwa… Mąż: „Dobra, to ja pójdę po komputer, coś sobie obejrzymy” :)

Na salę porodową wchodzimy 22.15. Słabo boli, rozmawiamy sobie, filmu na razie nie włączamy. Po pół godzinie zjawia się nasza położna, podaje kroplówkę, bo prawie nic dziś nie jadłam i jestem bardzo słaba. Rozmawiamy o tym jak sobie radziłam w domu ze skurczami i jak chciałabym radzić sobie z bólem tutaj na sali. Ok. 4cm wchodzę pod prysznic, mąż polewa mnie po krzyżu i plecach; jest dobrze, wchodzę w skurcz i przeżywam każdy w skupieniu. Po 45 min daje się namówić na wyjście spod prysznica, siadam na piłce. Skurcze są coraz mocniejsze, powoli zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością, opowiadam mężowi o tym, że to już koniec mojego życia, że ja już umieram. Rozwarcie 7-8cm. Klękam na łóżku, kołyszę się. Po pół godzinie jest pełne rozwarcie. Położna prosi, żebym została na łóżku, ale pozwala przyjąć dowolną pozycję. Po chwili pojawiają się skurcze parte, po trzech kolejnych mówi do męża: „Widzę główkę, za chwilę rodzimy”. Prosi, żebym obróciła się na plecy, w kolejnym skurczu wychodzi głowa, mąż chwyta moją rękę i kładzie na niej. Po chwili wyślizguje się mały człowiek. Jest, leży na moim brzuchu, przytula się. Jest 2.30.

 

Poród w 2009r.

 

 

 

Gorąco zachęcam do podzielenia się Waszymi doświadczeniami ciążowymi, porodowymi, połogowymi! Chciałabym wspólnie z Wami stworzyć miejsce, gdzie będziemy dzielić się swoimi przeżyciami, zarówno pięknymi, jak i tymi, z którymi może trudno nam sobie poradzić. Zachęcam również do przesyłania opowieści przez osoby, które jeszcze nie są rodzicami, a na przykład chciałyby być lub po prostu mają pewne przemyślenia w tym temacie.
Ja w najbliższym czasie wstawię również moje historie.
Jeśli dla kogoś trudne jest ujawnianie tożsamości, mogę nie udostępniać jej, podać tylko część lub zmienić. Do Was należy wybór!

Swoje historie przesyłajcie proszę na adres opowiesci@dobradoula.pl

Z góry dziękuję za każde słowo od Was!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook